STRONA GŁÓWNA  |  NASZA SZKOŁA  |  DOWNLOAD  |  AUTORZY
 
AKTUALNOŚCI
SZKOŁA
PROJEKT
ABSOLWENCI
PUBLIKACJE
KONTAKT



GOOGLE.com

 

 

MH - Maciej Hamankiewicz

Dlaczego akurat Plater?

MH - Dla mnie zawsze była to, jest i będzie najlepsza szkoła w Zagłębiu, w regionie, w którym mieszkam, w którym żyję. Tę szkołę kończyła moja matka, ja ją skończyłem i, miejmy nadzieję, skończy moja córka. W Plater nie jest łatwo, ale taka już natura szkoły, że nie stawia łatwych zadań przed swoimi uczniami.

Ale to chyba dobrze, prawda?

MH - Pewnie wypada powiedzieć, że tak. Uczyłem się w tej szkole w pierwszej, eksperymentalnej klasie biologiczno - chemicznej. Drugorocznych osób nie było - z racji nowego profilu nie miał kto dojść do naszej klasy. Szkołę skończyliśmy jednak już w znacznie mniejszym składzie niż zaczęliśmy. Uczyli mnie profesorowie, którzy byli wielkimi postaciami w gronie nauczycieli. Biologii uczył mnie prof. Bogdan Rudzki. Przyjemność nauki tego przedmiotu często była okraszona goryczą, łzami, bo profesor stawiał nam okrutne wymagania. Jak się jednak okazało, zakres materiału, jaki wyniosłem z Plater, znacznie przewyższał to, czego próbowano nauczyć mnie na zajęciach na studiach, a przecież na Akademii Medycznej wiele przedmiotów ściśle wiąże się z biologią. Podobnie zresztą było i z chemią. Już jako emerytowany nauczyciel, prof. Halina Grodecka zajmowała się tylko moją klasą. Potrafiła nauczyć nas bardzo wielu rzeczy, bardzo wiele szczegółowych zagadnień. Wszyscy mówią, że studia medyczne są czymś bardzo ciężkim. Wiele osób nie potrafi przebrnąć pierwszych miesięcy. Dla absolwentów Plater była to zwykła kontynuacja tego, do czego zostali oni przyzwyczajeni w liceum. Nie sposób nie wspomnieć także o prof. Jerzym Kramie, poloniście, człowieku niezwykłej kultury, niezwykłej pasji. Dobre rzemiosło nauczycielskie prezentowała pani prof. Grabowska, jak i prof. Franciszek Zbieg - był dla uczniów postacią wyjątkową.

Wspomina pani nauczycieli? Jeżeli tak, to których i których najlepiej?

MH - Niezbyt przyjemnie ze względu na duży stres związany z przyjściem do nowej szkoły. Nigdy później, kiedy zaczynałem pobierać naukę w innych miejscach, nie przeżyłem podobnego stresu jak tutaj, w Plater. Miło natomiast wspominam samo rozpoczęcie roku, kiedy to przed pierwszą lekcją zebraliśmy się wszyscy na korytarzu i ustalaliśmy kto z kim będzie siedział. Wtedy właśnie na tym korytarzu zawarliśmy przyjaźnie, które przetrwały do grobowej deski. To jest zadziwiające - deklaracje rzucone na kilkanaście minut przed rozpoczęciem pierwszej lekcji ("słuchaj, to my się będziemy przyjaźnić") przetrwały do dziś.

Po wejściu do sali biologicznej było już mniej przyjemnie. Prof. Rudzki w pięć minut po rozpoczęciu lekcji powiedział: "No to co, przypomnimy sobie budowę marchewki? Wyciągnąć karteczki!" i zrobił nam od razu, z miejsca klasówkę.

Jak wyglądał Pana dzień, kiedy chodził Pan do liceum? Jak dużo czasu poświęcał Pan na naukę?

MH - Pierwsze trzy miesiące, jak już mówiłem, były dla mnie dramatyczne. Zastanawiałem się wtedy, czy podołam w tej szkole i czy w ogóle powinienem ją kończyć. Czym dalej jednak, tym było przyjemniej. Z żalem ukończyłem Plater. Nie postrzegam szkoły jako takiej, która by ze mnie wysysała krew. Zadziwiające jest dla mnie to, czego teraz usiłuje się nauczyć moja córka będąc w drugiej klasie liceum. Pytania, jakimi zasypywała mnie kilka dni temu były trudne, ciężko mi było na nie odpowiedzieć. Myślę, że cykl nauki nie powinien być cyklem trzyletnim, ale powinien być rozdzielony na szkołę podstawową, gimnazjum, liceum i studia wyższe, a usiłowanie ukończenia studiów wyższych w ciągu trzech lat liceum nie może skończyć się dobrze. Dlatego usiłuję ją powstrzymać i namówić do lżejszego podejścia do pewnych przedmiotów, co jak na razie mi się nie udaje. Ja miałem więcej mechanizmów samoobronnych w sobie. Trzeba było po prostu znaleźć klucz do nauczyciela i dzięki odrobinie sprytu mieć dobre oceny. Przykładem mogą być zajęcia z historii. Zawsze bardzo lubiłem historię i nigdy nie miałem małej wiedzy z tego przedmiotu, ale w momencie, kiedy nadszedł sprawdzian i trzeba było popisywać się wiedzą szczegółową, różnie to bywało.

Na historii siedziałem w jednej ławce z późniejszym lekarzem, nieżyjącym już doktorem Kargulem. On siedział od strony ściany, ja z boku. Pamiętam, że kiedy przychodziło do pisania czegokolwiek, Kargul stale zadawał to samo pytanie: "Masz długopis?". Ja mu na to odpowiadałem: "Nie mam". On: "Trudno, wezmę swój" i wyciągał swój. Na klasówkach wykonywał ruch pod tytułem "wyciągnięcie książki". Tego, czego nie wiedziałem, spisywałem od niego, przy czym zawsze zaznaczałem: "jak podaje prof. Wójcik z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie...", co było bezbłędnym strzałem (prof. Wójcik był autorem owej książki). Ja dostawałem celujący, on dostateczny.

A jeśli chodzi o nakład sił... Dzisiaj patrzę z pewnym przerażeniem na to, co ja wyczyniałem wtedy. Gdybym był własnym synem i mógł się nadzorować, nie pozwoliłbym na to. Jednakże poczucie elitarności, jakie dawało mi to, że jestem w tej szkole, świadomość tego, że jestem jednym z najlepszych uczniów w tej szkole, szkole, którą uważałem za najlepszą, pozwoliło mi przyjąć taką filozofię, że w zasadzie kogo mają przyjąć na studia jak nie mnie? W związku z tym postanowiłem nie wkładać żadnego wysiłku w to, żeby przygotowywać się do egzaminów wstępnych. Dzisiaj z perspektywy czasu widząc jak wiele ryzykowałem sam sobie wystawiam negatywne noty. Ważne jednak, że kalkulacje mi się sprawdziły.

Czy brał Pan udział w akademiach, udzielał się jakkolwiek inaczej w szkole?

MH - Ciemną stroną Plater, którą najmniej mile wspominam było to, że co tydzień w poniedziałek rano w auli mieliśmy wszyscy apel, który obowiązkowo kończył się przysięgą na wierność Związkowi Radzieckiemu. Dyrektorem szkoły była wtedy pani prof. Irena Ślęzak. Zawsze z kolegami ustawialiśmy się na końcu w szeregu wszystkich klas i absolutnie nic nikomu nie przysięgaliśmy. Jest to jedyne negatywne wspomnienie z tej szkoły. Byłem wychowany w zupełnie innym duchu i bardzo mnie to raziło. Nigdy nikomu żadnej przysięgi nie składałem - poza moją żoną na ślubie (śmiech). Jeśli chodzi o aktywność - moja klasa była szalenie aktywna turystycznie. Nie było takiego weekendu, żebyśmy wszyscy nie wyjechali w góry. Z początku naszą wychowawczynią była pani prof. Cudak. Po jakimś czasie odeszła, a na jej miejsce przyszedł młody nauczyciel, zaraz po studiach, matematyk. On to właśnie założył koło turystyczne, którego byłem aktywnym uczestnikiem.

Po których górach chodziliście?

MH - Po wszystkich w Polsce. Raz nawet zdobyliśmy nagrodę. Późną jesienią w warunkach skrajnie trudnych weszliśmy na Babią Górę. Tam też pod szczytem spotkaliśmy zagubioną wycieczkę. Zorganizowaliśmy akcję ratunkową, sprowadzając do schroniska panie w szpilkach i panów w kaskach motocyklowych na głowach. Oddział GOPRu przyznał nam specjalną nagrodę (w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy ze stopnia trudności warunków, jakie wtedy panowały) - były to pieniądze dla naszej klasy na kolejne wycieczki.

Jak wspomina Pan maturę?

MH - Do matury, w przeciwieństwie do wstępnych egzaminów na studia, przygotowywałem się. Nigdy nie potrafiłem przygotowywać się do czegoś na ostatnią chwilę, uważam bowiem, że jeśli człowiek chce rzeczywiście dobrze się czegoś nauczyć, powinien się uczyć systematycznie. Dzień przed maturą zrobiłem sobie zatem długą gorącą kąpiel, potem poszedłem do kina, potem do dziewczyny w odwiedziny. Do dzisiaj to praktykuję i nie uczę się przed egzaminem.

Samą maturę wspominam bardzo przyjemnie. Na maturze pisemnej z języka polskiego napisałem cztery strony wypracowania, już nie pamiętam o czym, w związku z czym miałem mało błędów ortograficznych. Dostałem piątkę w odróżnieniu od ludzi, którzy za kilkunastostronicowe elaboraty otrzymali oceny dostateczne. Potem był język polski ustny, wywiązała się dyskusja (którą do dzisiaj bardzo dobrze pamiętam), dotycząca teatru telewizyjnego. Największym przeżyciem zaś była matura ustna z matematyki. Ojciec ucząc mnie, jak należy zdawać egzaminy mówił zawsze, że należy brać piątą kartkę z prawej strony (twierdził, że tam są najlepsze pytania). Niestety okazało się, że jestem przedostatni do odpowiedzi i że zostały mi do wyboru już tylko dwie kartki. Już przesunąłem pierwszą kartkę, zawahałem się jednak, zostawiłem ją i wziąłem kartkę leżącą z lewej strony. Miałem szczęście, odpowiedziałem dobrze na wszystkie pytania. Mojemu przyjacielowi została ostatnia kartka. Kątem oka widząc, co na niej było, pomyślałem, że moja babcia miała rację, że jestem w czepku urodzony (śmiech). Kolega musiał rysować na tablicy trójkąty (miał pytania z trygonometrii), no co prof. Zbieg jak zawsze przypominał: "Kargul, rysuj chlujnie, chlujnie" - to było jego stałe powiedzenie.

Dlaczego został Pan lekarzem?

MH - Odkąd pamiętam chciałem być weterynarzem. Jeszcze będąc dzieckiem miałem hodowlę różnych zwierzątek w domu, a w czasie szkoły podstawowej całkiem nielegalnie operowałem swoje króliki (myślę, że dzisiaj ukarano by mnie za to). Ugruntowywałem w sobie chęć bycia weterynarzem do trzeciej klasy liceum. Potem sprawy w swoje ręce wziął mój ojciec. Dbając o moją przyszłość ekonomiczną powiedział: "zastanów się synu, co ty tutaj w tym Zagłębiu będziesz robił jako weterynarz. Ani krów nie ma, ani koni, z papug i psów nie wyżyjesz, zastanów się czy człowiek to też nie jest zwierzę." I przyjąwszy tezę ojca, że człowiek też zwierzę, zajmuję się tym, czym chciałem, tylko że na innym materiale biologicznym (śmiech). Poza tym zawsze czułem się humanistą i chciałem pomagać ludziom.

Pana specjalizacją są choroby wewnętrzne. Czy mógłby Pan wyjaśnić dlaczego wybrał Pan akurat tę specjalizację?

MH - Porównałbym to do sportu. Są dziedziny sportu rozpoznawalne przez szerokie grono odbiorców, sukces w takiej dziedzinie zapewnia bardzo duży rozgłos. Za przykład można dać chociażby skoki narciarskie z Adamem Małyszem na czele. Ja akurat nie widzę w tym sporcie nic pięknego. Jest to stary monotonny ruch typu: "przypiąć deski, skoczyć". Sportem prawdziwie rozwijającym człowieka jest lekkoatletyka. I tak też jest z medycyną. Jedynie interna daje szeroką wiedzę i zrozumienie tego, co się robi. Szukając dziedziny, która pozwoliłaby mi działać racjonalnie, a nie tylko używać siły fizycznej, wybrałem internę. Myślę jednak, że wiele takich decyzji wynika ze splotu różnych wydarzeń, pewnej przypadkowości, czasem opiera się na aktualnej modzie. Kiedy byłem na stażu zastanawiałem się czy nie zostać chirurgiem, ginekologiem, ale kiedy przyjrzałem się bliżej tej pracy, stwierdziłem, że nie odpowiada mi ona.

Jak wyglądał okres przejściowy między końcem Pana studiów a rozpoczęciem pracy?

MH - Na każdych studiach najtrudniejsze są pierwsze semestry, później jest coraz łatwiej. Samo wejście w zawód lekarza jest niesamowicie przyjemne, daje dużo satysfakcji, wzbudza też poczucie dumy, a także i... strachu. Rozbieżność pomiędzy teorią a praktyką jest duża. Pierwszym moim doświadczeniem zawodowym był podyplomowy roczny staż w Hucie Katowice. Już w pierwszym dniu pracy wysłano mnie do poradni zakładowej Huty, dano mi pieczątkę, recepty. Pamiętam pierwszego mojego pacjenta. Pani kierownik skierowała do mnie dwudziestokilkuletniego mężczyznę na badania okresowe. Dopiero po jakimś czasie odbywania mojego stażu zorientowałem się, że badania okresowe załatwia się w trzydzieści sekund, czyli tyle, ile zajmuje wypisanie dokumentu i przybicie pieczątki. Ja tego młodego człowieka badałem sumiennie, tak jak mnie nauczono, czyli około czterdziestu minut. Zbierałem wywiad, osłuchiwałem. Dopiero kiedy zobaczyłem jego przerażony wzrok i usłyszałem wyjąkane pytanie: "panie doktorze, to ze mną coś musi być nie tak?" przerwałem te czynności i postawiłem pieczątkę. Gdy wyszedłem z pokoju za pacjentem, pani kierownik, która przez cały czas siedziała za drzwiami, wykrzyknęła: "jejku, a ja myślałam, że on ci coś zrobił". Potem było już tylko lepiej. Myślę, że takie rzucanie młodych lekarzy na głęboką wodę nie było złe. Teraz jest to nie do pomyślenia. Tutaj, w Izbie Lekarskiej, stażysta ma ograniczone prawo wykonywania zawodu. Tak naprawdę nic nie może, musi się uczyć kolejny rok czasu.

Co sprawia satysfakcję lekarzowi w kontakcie z pacjentami?

MH - Każdemu lekarzowi sprawia satysfakcję wyleczenie chorego. Pracowałem przez jakiś czas w szpitalu nr 1 w Sosnowcu i muszę powiedzieć, że na pewnym etapie zrodziła się we mnie myśl czy, będąc już internistą, nie zrobić specjalizacji chirurgicznej. Widziałem efekty pracy chirurgów dziecięcych, zacząłem angażować się w pomoc na dyżurach na ich oddziale.. Kiedy miałem mniej pracy, schodziłem na chirurgię i pomagałem lekarzom. Pamiętam pewien przypadek. Z wypadku przywieziono nieprzytomne, połamane dziecko. Trzeba było je skręcać i gipsować przez wiele godzin. Na drugi dzień z samego rana zszedłem na chirurgię zobaczyć czy przeżyło. Co zobaczyłem? Dziecko z ręką w gipsie i nogą odsuniętą na bok skakało po korytarzu na jednej nodze i grało w piłkę. I to jest właśnie satysfakcja, której nigdzie indziej tak pięknie nie widać. Jestem już starym lekarzem, niedługo będę obchodził trzydziestolecie pracy. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że satysfakcję daje nie tylko wyleczenie, ale sama chęć pomocy ludziom, sam akt pomagania, nawet kiedy leczenie nie kończy się sukcesem. Na późniejszym etapie pracy my, lekarze mniej oczekujemy widowiskowych sukcesów, a bardziej takiej wewnętrznej satysfakcji.

Jak teraz wygląda Pana praca zawodowa?

MH - Jestem ordynatorem dużego, bardzo intensywnie funkcjonującego oddziału chorób wewnętrznych w powiatowym szpitalu w Będzinie. Jest to oddział, który ma czterdzieści pięć łóżek, dwanaście z nich jest pod intensywnym nadzorem internistycznym z monitorowaniem wszelkich funkcji życiowych. Co drugi dzień mamy ostry dyżur. Leczymy około dwóch tysięcy chorych rocznie, w tym stosujemy chemioterapię nowotworową.

Co zadecydowało, że rozpoczął Pan pracę w samorządzie lekarskim? Jakie są Pana zajęcia w Izbie Lekarskiej?

MH - Tak się złożyło z woli nie mojej, a głównie innych osób, że zostałem przewodniczącym Śląskiej Izby Lekarskiej. Zabiera to dużo czasu, ale tak wyszło. W szkole wybierali mnie na przewodniczącego klasy, na studiach na przewodniczącego roku, tutaj na przewodniczącego Izby Lekarskiej. Zawsze zostaję w coś wmieszany, a że się daję, to tak mam (śmiech). Gdybym jednak miał wybierać, na pewno nie poświęciłbym pracy lekarza na rzecz jakiejkolwiek działalności społecznej czy politycznej.

Izba Lekarska jest organizacją, działającą zgodnie z zapisami ustawowymi. Składa się z kilku działów głównych. Pierwszym jest Okręgowa Rada Lekarska. Można ją porównać do polskiego Sejmu - jej uchwały mają moc prawną dla wszystkich lekarzy. Jest też druga instytucja - Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej. Jest nim doktor Stefan Kopocz. Na jego ręce spływają wszystkie skargi pacjentów na lekarzy. Jest odpowiednikiem prokuratury w cywilu. Ma zresztą te same uprawnienia co prokurator - przesłuchuje świadków i podejmuje decyzję o skierowaniu bądź nie skierowaniu sprawy do sądu lekarskiego. Trzecią wielką instytucją, która w tym budynku funkcjonuje jest Sąd Lekarski.

Stanowimy dużą instytucję finansową - posiadamy duże zasoby ekonomiczne, dzielimy się nimi z lekarzami, którzy popadają w kłopoty. Stworzyłem również system pomocy stypendialnej dla dzieci zmarłych lekarzy. Zawód jest bardzo stresujący, średnia długość życia nie jest duża i często zdarzają się takie przypadki, że umiera lekarz, który zostawia osierocone dziecko. Każdego roku mamy tutaj około 27 do 30 dzieci - stypendystów. Utrzymujemy ich aż do ukończenia studiów. Uważamy, że dziecko lekarskie jest naszym wspólnym dzieckiem. Środki finansowe przeznaczamy także na pomoc emerytom, rencistom i innym potrzebującym ludziom.

Czy uważa Pan, że wzrost zarobków lekarzy do dwukrotnej lub trzykrotnej średniej krajowej jest właściwą receptą na wzrost zaufania publicznego? Nie boi się Pan, że ludzie powiedzą, że lekarze zarabiają za dużo?

MH - Minimalne wynagrodzenie powinno wynosić dwukrotną średnią krajową dla lekarza po ukończeniu pięcioletnich studiów bez specjalizacji. Trzykrotną - jeżeli ten przejdzie się odpowiedni cykl szkolenia, co zajmuje kolejnych piętnaście lat. Lekarz jest instytucją samą w sobie. Stworzona została ulotka, która będzie rozdawana wśród pacjentów. Zawiera ona przykład pracy konkretnego lekarza. Nie ma innego zawodu, w którym pracowałoby się 492 godziny w miesiącu. On wypracował sobie przez ten czas, jeżdżąc w pogotowiu, będąc na dodatkowych dyżurach, 3900 zł. Być może to dużo, ale spojrzeć trzeba na to z perspektywy włożonego nakładu pracy. Czy taki lekarz może mniej zarabiać? Nie może. Ponadto w ustawie o zawodzie lekarza w artykule 18 narzucony jest lekarzowi obowiązek prawny kształcenia ustawicznego, który przekłada się na konkretne rozporządzenie ministra, że jest konieczność zdobycia w ciągu dwóch lat określonej ilości tzw. punktów edukacyjnych. Jeżeli nie zdobędzie się ich, wypada się z zawodu. W krajach anglosaskich i amerykańskich przestrzegane jest to bardzo rygorystycznie. U nas nie ma rygoru, ponieważ średnia zarobków lekarzy na Śląsku wynosi 1900 zł, a koszty dalszego kształcenia są ogromne. Jeżeliby państwo wzięło na siebie obowiązek kształcenia ustawicznego lekarzy, zarobki mogłyby być niższe. Państwo odżegnało się od tego, więc w takim razie to my musimy dać lekarzom na to, żeby mogli się kształcić. Izba Lekarska stara się ich wspierać na różne sposoby, powołując na przykład fundacje kształcenia, czy też budując hotel w Warszawie. Są to bardzo poważne koszty. Ponadto jeśli naród chce zbudować swoją tożsamość i po kilku latach istnienia nie zostać po raz kolejny rozgrabionym, musi opierać swoją strukturę na inteligencji. Wysiłki nauczycieli z liceum im. Emilii Plater, okazały się kroplą w morzu. Wystarczy spojrzeć w rocznik statystyczny - inteligencja w Polsce stanowi zaledwie 7%. Odliczając wszystkie licencjaty, zostałoby 4%. Lekarze stanowią znaczną część tego odsetka, są jedną z najpoważniejszych elit tego narodu. Podobnie zresztą jak nauczyciele. I te zawody nie mogą być tak pauperyzowane, jak to miało miejsce za czasów komunizmu.

Jest Pan członkiem między innymi Komisji Etyki Lekarskiej. Na czym polega uczestnictwo w tej komisji?

MH - Na miesiąc przed pierwszymi prawie wolnymi wyborami w 1989 roku ustawą wprowadzono w Polsce Izby Lekarskie. Wśród zadań, jakie stoją przed tym samorządem, jest między innymi konieczność dbania o właściwe wykonywanie zawodu lekarskiego i godną postawę etyczną. Lekarze opracowali zestaw zasad, którymi należy się kierować wypełniając tę misję. Zasady te musiał ktoś wypracować i właśnie w Komisji Etyki dyskutowano na ich temat, zapisywano je. Znalazły one odbicie w kodeksie etyki lekarskiej, który w sposób demokratyczny został przegłosowany i zaczął funkcjonować jako prawo zawodów lekarskich. Prawo polskie było znacznie mniej etyczne. Jest to chyba jedyny przypadek, kiedy to demokratycznie kierując się potrzebą przestrzegania wartości etycznych, lekarze narzucili sobie pewne zasady. Prawo polskie musiało się zmienić, bowiem było sprzeczne z kodeksem lekarskim. Czas idzie naprzód, poglądy wygłaszane w 1990 roku siłą rzeczy również muszą ulec zmianie. Postęp techniki sprawia, że wynikają nowe problemy, które wtedy były marginalne, nieistotne czy które w ogóle nie istniały. Trzy lata temu odbył się specjalny zjazd, na którym lekarze przegłosowywali zmiany w kodeksie. Myślę, że kodeks etyki jest absolutnie taki, jaki powinien być. Podpisuję się pod nim bezwarunkowo. Oprócz tego Komisja Etyki zajmuje się bardziej przyziemnymi sprawami, jak na przykład rozwiązywaniem konfliktów pomiędzy lekarzami.

Śląska Izba Lekarska opracowała zbiór zasad towarzyszących przekazywaniu lekarzom dowodu wdzięczności. Jaka jest różnica między dowodem wdzięczności a łapówką?

MH - Premier polskiego rządu, jeszcze wtedy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w swoim przemówieniu mówił, że lekarzowi nie warto płacić zbyt wiele, bo on sobie i tak dorobi, a pacjenci nigdy go nie zapomną. Ten system przyszedł do nas wraz ze Związkiem Radzieckim i w związku z tym nigdy nie płacono lekarzom zbyt wiele, zawsze twierdząc, że lekarze sobie dorobią. Pensje w czasach PRLu były tak kształtowane, że tam gdzie można było więcej uzyskać od klienta czy pacjenta, wynagrodzenia były niższe. Istniała zatem pewna kalkulacja, tzw. nieformalnych dochodów, które rządcy w tym kraju włączali w poczet wynagrodzeń. Dzisiaj nie chcemy dostawać pokątnie pieniędzy od pacjentów, ponieważ to nie jest właściwe. Chcemy normalnie żyć na takich zasadach jak ludzie żyją w Zachodniej Europie, a Zachód liczę od Lwowa w naszą stronę. Chcemy normalnie żyć, a nie utrzymywać tutaj systemu sowieckiego.

Nie mówię jednak, że nie można wyrażać własnych uczuć, emocji. Jeżeli cenię swojego nauczyciela, kupuję mu kwiatki, daję mu bombonierkę, co nie znaczy, że go przekupuję. Jeżeli mam większy zakres znajomości rzeczy i zamiłowań, kupię mu płytę kompaktową z jakąś muzyką. I tego nie wolno potępiać. Tymczasem kiedy została przygotowana dla pacjentów ankieta, w której padło pytanie: "Czy kiedykolwiek cokolwiek dawałeś lekarzowi?" Okazało się, że 90% ludzi powiedziało: "Tak, dawałem". To pokazuje jak funkcjonuje źle skonstruowana ankieta. Odmowa przyjęcia dowodu wdzięczności działa zgubnie na pacjenta. Jeżeli do jakiejś poradni przyjdzie staruszka, która będzie usiłowała dać 20 zł za wizytę, a lekarz zdecydowanie jej odmówi, to uzna, że jej stan zdrowia jest tak zły, że lekarz już nie chce nawet przyjąć tych pieniędzy. Te 20 zł nie stanowią żadnej wartości dla lekarza, dla staruszki być może tak i to też należy docenić. Dlatego uważam, że przyjęcie pieniędzy jest nieraz niezbędne dla zdrowia pacjenta. Trzeba to rozumieć, bo nikt koszy kwiatów czy butelek koniaków, które dostaje, nie jest w stanie ani wypić, ani wywąchać. Gdybym chciał wypić to, co dostaję, już dawno by mnie tu nie było. Dostaję, zawsze się z tego bardzo cieszę, następnie daję to pielęgniarkom, salowym. Wielokrotnie nie wynoszę tego do domu, bo szafa by nie pomieściła. Jednak mimo wszystko, mimo że jest mi to tak naprawdę niepotrzebne, że mogłoby tego w ogóle nie być, takie zjawisko jest niezbędne w procesie powstawania pięknych relacji między pacjentem a lekarzem i dlatego tego burzyć nie wolno. I w obronie tej idei wystąpiłem. Wahadło tak się odbiło w drugą stronę, że nie wolno byłoby już nawet kwiatka przyjąć, bo mogłoby to rodzić podejrzenia o korupcję. A okoliczności są różne, bo lekarze różne funkcje spełniają i misje społeczne są wpisane w zawód lekarza. I to, co politycy uważają za nieetyczne, ja często uznaję za wypełnianie zawodu lekarza. Pomoc człowiekowi, który jest w trudnej sytuacji jest wpisana w zawód lekarza.

Czym się Pan interesuje poza medycyną i historią?

MH - Zainteresowań mam więcej niż czasu. Więcej nawet niż życia, ale może to i dobrze (śmiech). Na pewno rzecz, którą zaszczepiła mi Plater, a konkretnie pani prof. Ewa Olesiak, to wielkie zamiłowanie do malarstwa. Lekcje z plastyki spowodowały, że zainteresowałem się malarstwem. Widziałem wszystkie wielkie galerie Europy i myślę, że na malarstwie się znam. Drugą "zasługą" Plater było to, że zrobiła ze mnie inwalidę muzycznego. Mieliśmy do wyboru: albo wychowanie muzyczne, albo wychowanie plastyczne. Wybrałem plastyczne, dlatego też nie kształciłem się pod względem muzycznym. Brak tego wykształcenia tak doskwierał, że sam musiałem wiedzę w tej dziedzinie nadrobić. Liceum zwane było ogólnokształcącym, dlatego też nauczono mnie w nim nawet tańczyć, co procentuje do dzisiaj.

Największą moją pasją są zaś podróże. Dawniej myślałem, że każdy lubi podróżować, ale ze zdziwieniem stwierdziłem, że jednak nie. Z krajów bardziej odległych zwiedziłem Chiny, Cejlon, Tajlandię. laty jadąc do NRD miałem wrażenie, że zdobywam świat i dla mnie był to wyjazd taki sam, jak teraz wyjazd do Chin. Zwiedziłem również całą Europę, Tunezję, Gwatemalę, Meksyk, za kilka tygodni lecę do Peru. A jeśli chodzi o tworzenie, które realizuję od czasów szkoły średniej, to fotografia.

Czego nauczyło Pana liceum? Jakie rady, wskazówki przekazałby Pan jego uczniom?

MH - Laureatka Nagrody Nobla, pierwsza kobieta, która tę nagrodę dostała w dziedzinie literatury, Selma Lagerlof, napisała książkę pt.: "Cudowna podróż". Napisała w niej, że kultura jest tym co zostaje, kiedy człowiek zapomni wszystkiego, czego się nauczył. To, co dzisiaj się wydaje szalenie mądre, szalenie ważne, jutro okaże się nic nie warte. Ważne jest to, w jaki sposób tworzy się swoją kulturę osobistą, kształtuje swoje więzi społeczne. Widzę, że teraz w szkole nie uczy się młodych ludzi o tym, co w życiu powinno być najważniejsze. Szczegółowa wiedza, chory wyścig szczurów stają się ważniejsze od kontaktów międzyludzkich, od przyjaźni. Moja klasa w Plater zżyła się ze sobą. Do dzisiaj się spotykamy i więź, dla której często poświęcało się dobre oceny, jest nadal silna. Ją się czuję. Dlatego pamiętajcie, żeby czasem trochę odpuścić w ambicjach, żeby nie starać się być na siłę najlepszym, ale żeby kochać się wzajemnie i żeby żyć w zgodzie, przyjaźni z innymi ludźmi.

Dziękujemy bardzo.

MH - Dziękuję również.

 

 <<<< >>>>