|
AG - Andrzej
Getter
Jak
wspomina Pan czasy szkoły?
AG:
O tym, że jest to dobra szkoła przekonałem się dopiero w
chwili, gdy ją ukończyłem. Na studiach okazało się, że byłem
pełnowartościowym partnerem wszystkich innych ludzi, którzy
tam się dostali. Ta szkoła naprawdę przygotowywała do studiów
w sposób pełny. Program nauczania był dokładnie skorelowany z
programem studiów. Kończąc szkołę z wiedzą na poziomie
dobrym, zdawało się egzamin wstępny i normalnie, bez
problemów, można było studiować. Dziś widzę, że młodzież mimo
ukończeniu klas profilowanych w liceach ma duży problem z
dostaniem się na studia wyższe, bo tutaj wymaga się wiedzy
bardzo szczegółowej.
Jakie
wspomnienia wiążą się z nauczycielami z Plater?
AG:
Dowiedziałem się, że w tej chwili nie ma już ani jednego
nauczyciela czynnego zawodowo z pokolenia, które mnie uczyło.
Muszę powiedzieć, że wszystkich wspominam bardzo mile ze
względu na to, że byli na swój sposób zaangażowani w proces
kształcenia. To znaczy: nie zdarzały się takie osoby, co do
których miałbym awersję, czy jakiś żal za to, że czegoś mnie
nie nauczyły, albo w jakiś sposób nie chciały mnie nauczyć. W
każdym razie wszystkich wspominam z jednakowo wielkim
sentymentem. Muszę powiedzieć bardzo ciepło o prof. Zbiegu.
On o nas rzeczywiście dbał i bardzo dobrze uczył matematyki.
To wystarczyło, żeby później nie bać się konkurencji przy
zdawaniu na politechnikę. Nie miałem żadnych problemów ze
zdaniem egzaminów wstępnych z matematyki na podstawie tylko
tej wiedzy, jaką otrzymałem w liceum. Bardzo dobrze wspominam
również panią prof. Hazler, która uczyła nas geografii, jak
również panią prof. Włusek od języka polskiego, która dbała
zarówno o to, aby odczytywać co poeta miał na myśli, jak
również o to, aby umieć się prawidłowo wysławiać, umieć
pisać. To również miało pewne znaczenie dla edukacji
artystycznej czy też technicznej, choć wtedy wydawało się, że
jest mało przydatne. Ale nawet pisanie opisów technicznych
do projektów wymaga umiejętności formułowania swoich myśli w
sposób jasny i klarowny. To, czego nauczyłem się na języku
polskim przydaje się również teraz, kiedy nieraz muszę pisać
recenzje naukowe dla profesorów. Bardzo dobrze wspominam cały
proces kształcenia w szkole.
Czy
pamięta Pan jakąś zabawną sytuację z okresu swojej edukacji w
LO im E.Plater?
AG:
W szkole byłem raczej „outsiderem”, to znaczy nie brałem
udziału w „high-lifie” klasowym. Była taka grupa ludzi, która
zawsze brała czynny udział w życiu szkolnym. Ja po prostu
byłem o 1.5 roku młodszy od swoich rówieśników, w związku z
tym nie stapiałem się z tym środowiskiem, aczkolwiek nie
czułem się wyobcowany. Nie uczestniczyłem w życiu szkolnym,
kreującym takie zabawne sytuacje, które mogłyby utkwić mi w
pamięci. Dlatego nie potrafię powiedzieć nic, co byłoby
śmieszne. Trzeba przyznać, że swobody zasmakowałem dopiero na
studiach, natomiast liceum było trudnym okresem, bo niestety
ze względu na poziom i wymagania, wymagało dużego nakładu
pracy i nauki.
Jakich
przedmiotów lubił się Pan uczyć, a jakich nie?
AG:
Najchętniej uczyłem się rysunku. Zajęcia prowadziła pani
prof. Malczewska, która skończyła ASP w Krakowie. Próbowała z
nich zrobić formę intelektualnego przeżycia, rozwijającego
słuchacza. Chodziłem na kółko plastyczne z ochotą. Było ono
jednak na poziomie licealnym. By podołać wymaganiom związanym
z akademią i architekturą musiałem samodzielnie chodzić na
kursy rysunkowe. Program szkoły ogólnokształcącej nie
wystarcza, aby przygotować się na kierunki artystyczne.
Z jakimi
wspomnieniami kojarzy się Panu egzamin maturalny?
AG:
Wspomnienia te, dotyczą przede wszystkim dużego stresu, jak
i wyjątkowej sympatii dla egzaminujących. Stres oczywiście
musi być duży i to przeżywa każde pokolenie. W naszych
czasach egzamin był groźniejszy, ponieważ nie można go było
powtarzać, zdawać ponownie za rok. To znaczy można było to
uczynić, ale tylko powtarzając klasę wraz z egzaminem
maturalnym. Nas obowiązywało spektrum wiedzy
ogólnokształcącej, to znaczy wszyscy zdawali polski,
matematykę, historię. Pamiętam, że dodatkowo zdawałem język
obcy - niemiecki. Dla wszystkich zakres przedmiotów
humanistycznych i ścisłych był taki sam. Teraz jest szansa,
że licea ponadgimnazjalne sprawią, że będzie się zdawać to,
co się chce, co się lubi. Muszę powiedzieć, że dla mnie
trudniejsza była matematyka. Z języka polskiego pani profesor
tak dobrze nas przygotowała, że zdawaliśmy sobie sprawę z
tego, że sobie poradzimy. Matematyka wydawała się o tyle
trudniejsza, że była przedsmakiem egzaminu na politechnikę,
gdzie chciałem zdawać. To był duży stres. Historia naprawdę
dawała się nam bardzo we znaki, ponieważ była wymagana w
pełnym zakresie. Była to wiedza z całego okresu liceum. No,
ale prowadzący byli bardzo przychylni i muszę powiedzieć, że
nie miałem większych problemów.
Czy szkoła
wpłynęła na wybór Pańskiej drogi życiowej?
AG:
Nie w tym sensie, by mogła wpłynąć bezpośrednio. Ta szkoła
była na tyle ogólna, o takim programie kształcenia, że na
pewno nie ona zdecydowała o wyborze drogi życiowej. Mogłem
sam podjąć decyzję o rozwijaniu własnych zainteresowań. Ona
nie przeszkadzała mi w tym. Wydaje mi się dużo gorszą
sytuacją, gdy na początku drogi w liceum profilowanym
wybieramy jakiś kierunek, a pod koniec okazuje się, że
właściwie interesuje nas zupełnie coś innego.
W jaki
sposób zaczęła się Pana przygoda ze sztuką?
AG:
W klasie maturalnej zacząłem interesować się rysunkiem, co
pozwoliło mi dostać się na architekturę. Na studiach miałem
poczucie niedosytu, bo wiedza techniczna, która towarzyszy
projektowaniu architektonicznemu w pewnym momencie wzbudza w
człowieku niepokoje humanistyczne. Zaczyna się wracać do
filozofii, sztuki i do tych korzeni, które powodują, że
człowiek uświadamia sobie, że wiedza inżynierska i
architektura to także sztuka. Zaczyna się od kontekstu, jakiś
uzasadnień filozoficznych, to prowadzi do uogólnionych
przemyśleń a mnie doprowadziło do zdawania na drugi fakultet
na ASP.
Jest Pan
profesorem, kierownikiem Katedry Projektowania
Architektoniczno-Rzeźbiarskiego na wydziale Rzeźby. Jest to
ciekawy i zarazem tajemniczy kierunek. Czy mógłby pan nam
przybliżyć prace profesora katedry?
AG:
Wydaje mi się, że do tej Katedry doprowadziły mnie moje
studia, ponieważ skończyłem architekturę na Politechnice i
rzeźbę na ASP. Wbrew pozorom kierunki te mogą wydawać się
dość odległymi dyscyplinami ze względu na fakt, że jedna z
nich jest dziedziną sztuki, a druga techniki. Operują one
jednak tym samym medium, którym jest przestrzeń. Architekt
zrozumie ją jednak w szerszym kontekście, rzeźbiarz natomiast
ma nieco ograniczone pole widzenia. Architekt ma jeszcze na
względzie urbanistykę, skalę przestrzeni urbanistycznej.
Wydaje mi się, że właśnie ta dziedzina najbardziej mnie
zainteresowała. Najlepsze jest to, że tu w Krakowie na ASP
znalazłem osoby, które pozwoliły mi rozwijać swoje
zainteresowania. Na początku pracowałem jako architekt w
katedrze profesora Kruga, prowadzącego Katedrę Projektowania
Architektoniczno- Rzeźbiarskiego. Przez długie lata razem
pracowaliśmy przy projektowaniu i to właściwie ukształtowało
tę wizję katedry, która jest obecnie. Muszę powiedzieć, że
jest ona doceniana w środowisku i popularna. Rzeźbiarze
chętnie korzystają z tej formy kształcenia. Oprócz
kształcenia studialnego rzeźby, mogą tu wniknąć w problemy
przestrzeni na szersza skalę. Jest to bardzo przydatne, może
nie na etapie studiów, bo tutaj interesują nas tylko
zagadnienia teoretyczne, ale potem, gdy uczestniczą w
twórczym życiu zawodowym, kiedy to pomnik jest dla nich
jednym z poważniejszych wyzwań. Właśnie tu mają szansę poznać
specyfikę widzenia przestrzeni, nabyć umiejętności niezbędne
w projektowaniu przedsięwzięć artystycznych.
Udało nam
się dowiedzieć, że jest Pan jednym z 952 członków
Małopolskiej Okręgowej Izby Architektów. Jaka jest istota
działalności tej instytucji?
AG:
Jest to stowarzyszenie zawodowe. Każdy, kto wykonuje zawód
architekta musi do niego należeć. Jeżeli wykonuje zawód
samodzielnie bierze odpowiedzialność za projekty podpisując
je swoim imieniem i nazwiskiem. Musi ponosić odpowiedzialność
za źle wykonany projekt, bo w wypadkach skrajnych staje się
współwinnym. Ludzie, którzy wykonują te pracę
odpowiedzialnie, muszą być zrzeszeni w jakimś związku, który
broni ich interesów wobec inwestora. Równocześnie dba ono o
poziom kształcenia i nie pozwala działać w zawodzie osobom,
które nie mają uprawnień projektowych i nie spełniają wymagań
stawianym członkom izby. Jest to typowa korporacja zawodowa,
która wymaga dyscypliny zrzeszonych i dba o ich interesy.
Bardzo
ważnym efektem Pana pracy architektonicznej jest powstały
stosunkowo niedawno tor kajakarstwa górskiego w Krakowie,
wybudowany za niebagatelną kwotę 14,8 mln zł. Proszę nam
opowiedzieć jak to się stało, że to właśnie Pan był autorem
projektu i jak przebiegała budowa obiektu.
AG:
To jest jedna z kolejnych prac którą tym razem uzyskałem w
drodze przetargu. Była to unikalna, w sensie funkcji, bardzo
udana realizacja, która przebiegała niezwykle szybko. Torów
kajakarstwa górskiego jest na świecie niewiele. Ten, który
powstał w Krakowie, jest pod względem technologii i samych
parametrów technicznych jednym z trzech czołowych na świecie.
Był on przedsięwzięciem dosyć kontrowersyjnym ze względu na
to, że był finansowany z funduszy miejskich i centralnych.
Zawsze wydawanie pieniędzy publicznych budzi kontrowersje.
Problemem było, czy grupa osób, która korzysta z tego obiektu
nie jest zbyt wąska. Dlatego tor ten nie pełni wyłącznie roli
obiektu sportowego, ale również rekreacyjnego dla mieszkańców
Krakowa. Położony na terenie pięknego Tynieckiego Parku
Krajobrazowego, jest miejscem, gdzie można prowadzić dużo
różnych zajęć, nie tylko uprawiać sporty wyczynowe. Uznani na
świecie sportowcy przyjeżdżają tutaj na treningi, na zawody
rangi międzynarodowej. Projekt został uhonorowany nagrodami
resortowymi jako „Budowa Roku 2003”. Dostał nagrodę, więc
został zauważony i doceniony. Bardzo się cieszę z tego
powodu. Według Komitetu Kultury Fizycznej jest to najlepszy
obiekt sportowy zrealizowany w danym roku, zarówno pod
względem użyteczności jak i walorów
przestrzenno-architektonicznych. Równocześnie ważne jest to,
że praca została ukończona w rekordowym tempie, w ciągu 1,5
roku. Od dawna nie udało mi się uzyskać takiej satysfakcji z
realizacji architektonicznej. Cieszy mnie, że dalej się go
rozbudowuje i mam nadzieję, że przerodzi się w obiekt rangi
olimpijskiej.
Interesujące jest również wyróżnienie, jakie otrzymał Pan w
konkursie na koncepcję zagospodarowania przestrzeni Placu
Bohaterów Getta w Krakowie za „próbę stworzenia złożenia
pomnikowego o dużej skali upamiętniającego dramatyczną
historię tego miejsca”. Dlaczego postanowił Pan wziąć udział
w tym konkursie i jak on przebiegał?
AG:
Konkursy to była moja specjalność w okresie, kiedy
uprawiałem rzeźbę i pracowałem w biurze projektów gdzie w
zespole wykonywałem różne projekty. Natomiast konkursy
architektoniczne i rzeźbiarskie były dla mnie szansą
samodzielnej pracy twórczej. W tym czasie udawało mi się
uzyskiwać nagrody dosyć często. Konkurs, o którym mówimy
bardzo mnie wciągnął, bo był to bardzo ciekawy temat.
Dostałem tylko wyróżnienie, ale byłem bardzo zadowolony z tej
pracy. Doceniam także pracę, która dostała pierwsza nagrodę.
Zwłaszcza, że taki sposób myślenia, jaki zaprezentowali jego
autorzy, jest mi również bliski. W mojej Pracowni Projektowej
Akademii razem ze studentami realizujemy zadania projektowe,
polegające na aranżacjach i zagospodarowaniu wnętrz
urbanistycznych. Wielokrotnie projektowaliśmy Plac Bohaterów
Getta wraz ze studentami i dzięki temu miałem pewne
przemyślenia, które pozwoliły mi stworzyć odważną koncepcję
odpowiadającą specyfice miejsca. Zakładała ona usytuowanie na
placu ukośnej płyty, która sprawia wrażenie zapadania się
tego placu pod ziemię. Na powierzchni pozostają drzewa z
których jedno staje się skamieniałą „menorą”. Ta praca
została doceniona, ale kłopoty wyniknęły z konieczności
ingerencji w ziemię, co wymagałoby ekshumacji zwłok,
niezgodnej z przekonaniami religijnymi. Uważam, że jest to
praca do zrealizowania, ale była w jakiś sposób
kontrowersyjna i wymagała dalszego dopracowania.
Skąd Pan
bierze inspiracje przy tworzeniu nowych projektów?
AG:
Czasami zdarza mi się że pomysł przychodzi w wannie,
czasami w kościele, czasami w zupełnie przypadkowych
miejscach. Jak się myśli o jakimś problemie, to tkwi on w
naszej świadomości. W pewnym momencie zamysł krystalizuje
się. Nie ma przepisu, nie mam takiej recepty.
Czy może
nam Pan przybliżyć jedną ze swoich prac, którą przedstawia
zdjęcie.

AG:
Jest to jedna z prac, która przesyłana była na konkurs o
tematyce Dantego we Włoszech. Rzeźbiarze polscy rzeczywiście
tam zaistnieli. Zwłaszcza medalierzy, którzy często dostawali
nagrody. Praca przedstawia Florencję, gdzie mieszkał Dante
Alighieri. Tak jak w „Boskiej komedii” kręgi symbolizują
piekło, niebo, czyściec. Praca powstała przed 90 rokiem kiedy
trudno było samodzielnie uprawiać projektowanie
architektoniczne. Później zaistniały możliwości samodzielnego
uprawiania zawodu architekta, wtedy zacząłem poświęcać się
architekturze. Do tej pory w biurze projektów wykonywanie
tego zawodu architekta związane było z pracą się w zespole.
Trzeba było być związanym z jakąś instytucją, w ramach której
opracowywało się projekty, jednocześnie pracując w biurze,
gdzie zdobywało się uprawnienia projektowe. Pragnąłem
startować w konkursach, robiąc realizacje swoich rzeźb,
wysyłając je na wystawy w kraju i za granicą. Objeździłem
kilka krajów ze swoimi pracami. W pewnym okresie, po roku
90-tym otworzyła się furtka i architektura stała się
równorzędnym partnerem innych sztuk, przez co architekci
mogli pracować niezależnie.
Czy ma Pan
jakieś artystyczne wzorce, którymi kieruje się Pan w swojej
pracy artystycznej?
AG:
Owszem, wzorcem są dla mnie wszyscy minimaliści. Są to
projektanci, którzy bazują na minimum środków wyrazu
doprowadzonych do pełnej ascezy i perfekcji. Modernizm i styl
międzynarodowy święcił triumfy w czasach mojej młodości.
Wówczas, 30 lat temu, artystycznym wzorcem estetycznym i
punktem odniesienia dla twórców był kubizm. Obecnie są to
wszyscy minimaliści, którzy traktują przestrzeń w sposób
bardzo jednorodny, jako element dzieła sztuki, a nie jedynie
jako obraz funkcji czy wynik rozwiązań konstrukcyjnych.
Technologia High-Tech bardzo fascynuje mnie swoja urodą, ale
nie bardzo udaje mi się w tej technologii znaleźć inspiracje.
W tej konwencji nie udało mi się zrobić projektu. Dla mnie
ważniejszy jest właśnie minimalistyczny sposób rozumienia
formy. Daje on więcej emocji niż nawet najbardziej
rozbudowane realizacje technologiczne. Oczywiście z tym wiążą
się możliwości techniczne i szczęście do inwestorów. Niestety
nie mam szczęścia do inwestorów bogatych. Realizuję projekty
za pieniądze społeczne, państwowe pozyskiwane w drodze
przetargu, konkursu. W związku z tym nie mam możliwości
rozmachu w zakresie funkcjonalno-architektonicznym. Nigdy nie
zdarzył mi się bogaty prywatny inwestor, który pozwoliłby mi
na zrealizowanie moich marzeń architektonicznych. Gdybym miał
taką okazję, być może moje fascynacje zaczęłyby iść w
kierunku nowoczesności i rozbudowania struktury. Na razie
poprzestaje na minimalizmie.
Ile czasu
zazwyczaj poświęca Pan na przygotowanie projektu?
AG:
U architektów czas jest limitowany umową lub terminem
konkursu. Często nie ma mowy o jakimś rozłożeniu w czasie. W
przypadku przetargu, jednym z konkurencyjnych elementów jest
oferta cenowa i terminowa. Na ogół architekci nie mają
nieograniczonego terminu realizacji projektów dostosowanych
do swoich możliwości czy potrzeb twórczych. Termin jest
wyznaczony z góry i na ogół projekt robi się dzień i noc.
Jest to morderczy wyścig z czasem. To powód, dla którego
odszedłem od rzeźby właśnie na rzecz projektowania. Wydawało
mi się, że jest to duże wyzwanie, taki bardziej męski sport.
Gdy w grę wchodzi odpowiedzialność prawna, pieniądze
publiczne – to jest olbrzymia odpowiedzialność. Jest to
zawód, który nie pozwala odetchnąć i może właśnie dlatego
jest bardziej interesujący. Praca artystyczna w zaciszu
pracowni jest mniej stresująca. Gdy jestem bardzo
zestresowany, to wychodzę na wystawę. Ostatnio już prawie w
ogóle nie wystawiam, bo projektowanie spełnia moje
zapotrzebowania emocjonalne z nawiązką
W jaki
sposób prezentuje Pan swoje dzieła?
AG:
Najlepszą prezentacją jest realizacja. Tutaj sprawdza się
wszystko: użytkowanie, funkcję, technikę i upodobania
inwestora. Jest jednym z najlepszych sprawdzianów naszej
pracy. Formą prezentacji jest również udział w konkursach.
Później zawsze jest wystawa pokonkursowa, dyskusja, i
przeważnie na tym kończy się przygoda i robi się coś
następnego. Są również prezentacje autorskie, ale nie
uczestniczę w tych prezentacjach ze względu na to, że wymaga
to czasu na przygotowanie materiałów, stworzenie wystawy. W
tym czasie mógłbym zrobić coś nowego. Czasem staram się
wracać do zrealizowanych projektów, ale powroty te są czasami
stresujące. Po 30 lat zmieniają się upodobania estetyczne, a
to może budzić niepokój. Są to normalne dylematy każdego
twórcy, który wraca po latach do swoich prac.
Jakie
szanse i nowe możliwości dla architektów dostrzega Pan w
przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej?
AG:
Podejrzewam, że dla plastyków i architektów niewiele się
zmieni. Gdy przebywaliśmy na Zachodzie, byliśmy troszkę
zdumieni. Tamci artyści patrzyli na nas z zaciekawieniem, co
dzieje się za „żelazną kurtyną”. Nie było żadnych problemów
związanych z poziomem czy rozwiązaniami artystycznymi. Nasze
artystyczne dokonania na Zachodzie są zresztą bardzo
doceniane. Wydaje mi się, że teraz nic się nie zmieni.
Będziemy mieli szanse wykazać się zarówno tutaj jak i na tak
zwanym Zachodzie, ale będzie temu towarzyszyło mniejsze
zaciekawienie, raczej konkurencja. Na pewno nie obawiam się,
że nasi architekci są słabiej wykształceni. Jest pewne, że
potrafią sobie radzić w dużo trudniejszych sytuacjach niż ich
koledzy, przyzwyczajeni do komfortowych warunków pracy. Nie
wiem jak to będzie, ale jestem optymistą i nie boję się
konkurencji merytorycznej. Myślę, że sobie poradzimy.
Czy w tym
momencie pracuje Pan nad jakimś projektem?
AG:
Tak, za tydzień oddaję projekt II etapu rozbudowy budynku
zaplecza toru kajakarstwa górskiego. Będzie tam basen, sala
gimnastyczna - słowem obiekty sportowe związane z rozbudową
ośrodka.
Dziękujemy
za rozmowę.
<<<<
>>>>
|